Do Afloparku przyciągnęły mnie rzeźby Igora Mitoraja. Niezwykłe, poruszające, warte tej podróży. A jednak po powrocie w mojej głowie wciąż jadą „Kolarze” Bronisława Chromego.
Pochyleni, wyciągnięci do przodu, zespoleni z rowerami. Ich sylwetki przywodzą mi na myśl modliszki. Chwilami widzę w nich peleton obcych istot, uczestników wyścigu z jakiegoś nieznanego świata. Wzrok krąży między głowami, ramionami i łukami kół. Trudno ustalić, gdzie kończy się ciało, a zaczyna maszyna. Wszystko podporządkowane jest pędowi.
Rzeźba stoi nad wodą. Między jej cienkimi elementami widać rośliny i odbicia. Zielonkawa powierzchnia współgra z ogrodem, a spokojna tafla jeszcze mocniej wydobywa dynamikę zawodników. Otoczenie uczestniczy w tym, co oglądam.
Na obrzeżach miasta powstało miejsce, w którym spacer prowadzi do nieoczekiwanych spotkań ze sztuką. Można przyjechać dla konkretnego artysty, zachwycić się jego pracami, a potem odkryć dzieło, którego wcale się nie szukało — i właśnie ono może zostać w pamięci najdłużej. Taka sztuka nie czeka wyłącznie w muzeum; pojawia się na trasie spaceru, między wodą, roślinami i codziennym rytmem miasta.
Dla mnie to jeden z ważnych wzorców miejskiej estetyki: tworzenie przestrzeni, w której sztuka nie jest dodatkiem, lecz częścią doświadczenia miejsca. Dobrze zaprojektowane otoczenie pozwala jej wybrzmieć, a jednocześnie zostawia odbiorcy swobodę własnego odkrywania. „Kolarze” pozostali nad stawem, ale dzięki temu spotkaniu sztuka wyszła poza wyznaczone ramy i weszła w mój codzienny obraz miasta. Ich wyścig trwa dalej w mojej głowie.